18.05.2014

8 miesiecy od przyjazdu, 8 tygodni do odjazdu

Post z dzisiaj znowu obszerny, bo dwutygodniowy. Zeby sprecyzowac, osiem tygodni do powrotu do Polski to bylo tydzien temu.. To oznacza, ze od dzis za 7 tygodni bede spacerowala po Krakowie... (swoja droga jestem jedyna osoba z mojego regionu, ktora jeszcze nie ma biletow powrotnych, z czego calkiem sie ciesze :D)

Zaczynamy od tego, co wydarzylo sie najwczesniej:

Przed matura, ktora juz za 1,5 miesiaca sporo pracy, wiec nie ociagam sie na francuskim, na angielskim jak zawsze nie ma zadnej wymowki, a nad historia sztuki spedzilam tydzien temu calutka niedziele.

Rachel nocowala u mnie z poniedzialku na wtorek i z wtorku na srode (nie w tym tygodniu, tylko jeszcze wczesniej). W srode mielismy francuski.

W piatek tydzien temu konczylam o 15 (czyli bardzo wczesnie) i z racji, ze mialam sporo zaleglosci przez podroz sladem historia Dziadka i dziesiatki maili do napisania w tym tygodniu, w piatek planowalam do 17 posiedziec w bibliotece nad historia sztuki. Z planow nic nie wyszlo. O 10 rano podczas przerwy znajomi podeszli do mnie i spytali sie mnie co mam w kieszeniach. Moja mina mowila sama za siebie - o co Wam chodzi?? Kiedy poprosili, zebym pokazala co mam w kieszeniach plaszcza, zaczelam podejrzewac, ze wlozyli mi tam cos smiesznego, a ze stalismy na srodku szkoly duza grupa, to zaraz bedzie smiesznie. No to zaczelam powoli sprawdzac co ukrywa sie w lewej kieszeni plaszcza. Blyszczyk, papierki, jakis bilet i... mala czerwona koperta z moim imieniem. Otwieram, a tam: czekaj na mnie przed Jay de Beaufort (moja szkola) o 15:15, nie spoznij sie. Moje kolezanki zamilkly i ni eodpowiadaly absolutnie na zadne pytania. Chociaz pierwsza mysl to: Rachel, zaczelam miec watpliwosci, bo raz, ze to nie jej pismo, a dwa, ze miala inne plany na tamten dzien...

O 15 na murze przed szkola zaczelam sobie spokojnie czytac vademecum do matury pozyczone przez sasiada, a kiedy o 15:13 obrocilam sie, chcac schowac je do torby, przerazilam sie widzac Rachel siedzaca 50 cm ode mnie, ktora to powiedziala: siedze tak tu od 6 minut, nawet zrobilam Ci zdjecie, a Ty nic! Przygoda sie zaczela: dostalam dwie koperty. Pierwsza "open me first", ktora byla pytaniem o akceptacje nieznanych regul i nakazywala me "trust Rachel inexplicably", czyli calkowicie ufac Rachel. Zaakceptowalam, wiec otworzylam "clue #13, wskazowke numer 1


 




W srodku koperty pierwsza czesc ukladanki, z fragmentem mapy na jednej stronie i pytaniem: wejdziesz do tej fontanny?

Bez namyslu, wiedzialam gdzie szukac drugiej wskazowki. W parku obok szkoly, gdzie kiedys obiecalam Rachel, ze ktoregos dnia wdrapie sie na te fontanne (mozna tam wejsc z dwoch stron).

Druga wskazowke znalazlam na dnie, byla wodoodporna, w kilku torbach, do ktorych Rachel wlozyla tez kamienie, zeby przypadkiem jej koperta nie wyplynela na powierzchnie.
clue #2
Would you like some Haagen Dazs?

W tym momencie od razu kierunek Monoprix, czyli taki francuski... Piotr i Pawel? Rachel nie musiala mi nic tlumaczyc, wiedzialam gdzie szukac kolejnej wskazowki - w lodowce.





   
wskazowka #3
gdzie lubia jesc uczniowie z wymiany?

Kierunek Café de la Place, gdzie popijajac ulubiony syrop fiolkowy obserwowalam kazdego i zagladalam pod stoly w poszukiwaniu kolejnej wskazowki. Kiedy Rachel zaczela sie niepokoic na widok kelnerki zabierajacej tablice z menu dnia, wiedzialam, ze trzeba szukac na drugiej tablicy, ktora jeszcze nie zostala zabrana. Znalazlam koperte #4 przyklejona z tylu, dobrze ukryta. Pytanie na niej (przepraszam za przeklenstwa): gdzie po raz pierwszy napisalam "kurwa" na Twoich notatkach?

No coz, jakby nie patrzec miedzynarodowe przeklenstwa to to czego po "dzien dobry, jestem (...), dobranoc, na zdrowie" uczy sie szybko. Kierunek stowarzyszenie, gzie mamy lekcje francuskiego z AFS. Wszedlszy do srodka, pani recepcjonistka dziwnie sie usmiechala, wiec zalozylam, ze ona wie, ze Rachel cos wykombinowala... Kiedy moja Amerykanka wyslizgnela sie na zewnatrz, ja przejrzawszy wszystkie ulotki, wyjasnilam, ze szukam koperty i ze nie ma co jej szukac w dokumentach AFSu, bo koperta jest najprawdopodobniej ukryta. Weszlam do naszej sali, a tam Rachel, ktora nagle wrocila, wziela mnie i zaprowadzila do sciany uderzajac mna w nia i mowiac: o nie, tu jest sciana! No to ide na zewnatrz i w rzeczy samej znajduje koperte #5 przyklejona na znaku drogowym. Pytanie: gdzie zabrala Cie Twoja rodzina po raz pierwszy? Wiec idziemy do parku obok Katedry.

Znalazlam koperte #6 przyklejona pod lawka i w taki oto sposob mialam wszystkie elementy ukladanki. Duzy X prowadzil mnie na dworzec. W duzym skrocie, po obiecaniu, ze ufam Rachel (yes Rachem, I trust you inexplicably), kolejne jak sie potem okazalo 2 godziny!!! spedzilam tak:

 


Przed wyjasnieniem finalu przygody nalezy sie Wam kilka wyjasnien... Otoz Rachel nie chodzi do tej samej szkoly co Val i ja, wiec konczac w piatek wczesniej, ma w zwyczaju czekac na nas przed szkola. Czasem przynosi amersykanskie ciacha, albo lody. W marcu wyslala nam wiadomosci: co chcecie w kolejny piatek? No wiec z Val wiedzialysmy, ze trzeba jej odpisac cos smiesznego... Powiedzialysmy zgodnie: krowe!

W ow marcowy piatek Rachel napedzila nam strachu wykonujac podejrzane telefony i na cos niecierpliwie czekajac. Na szczescie zadna krowa nie pojawila sie przed liceum, a my wrocilysmy do domu.

Trzeba jednak pamietac, ze ta dziewczyna nie rzuca slow na wiatr... Raz poproszona, na pewno to zrobi!

 
Po slepej i gluchej  podrozy pociagiem i autem, sluchajac muzyki i spiewajac (sprytna Rachel nocujac u mnie sprawdzila moja playliste), kiedy otworzylam oczy znalazlam sie na srodku pola.





Tam opowiedzialam o swojej przygodzie po
angielsku, zobaczylam tez Valerie, ktora czekala gotowa z kamera. Potem znowu oczy zamkniete, po kilku minutach znalazlysmy sie w ogrodzie, a tam kolejna krowa! Tym razem plastikowa - krowia lawka i po wspolnym grillu krowi tort o smaku masla orzechowego. dziewczyny perfekcyjnie odspiewaly mi polskie sto lat, a w nocy przy ognisku robilysmy smorsy, typowo amerykanskie. Co to? Smores - od some more bo zawsze chcesz ich wiecej, pianki grzane nad ogniskiem i zrobiona z nich potem kanapka - ciastko speculoos (przyprawy korzenne), pianka i kilka kostek czekolady i jeszcze jedno ciastko. Sprobujcie, pysznosc!


 plus jako smieszny dodatek pokaze Wam chociaz fragment maila od Rachel (wysylala mi moj tekst po polsku, ktory zapisalam na jej komputerze i dopisala kilka zdan probujac mi wmowic, ze to wszystko jest mojego autorstwa)

Ponadto, Rachel jest jak najfajniejszych, najzabawniejszych, najbardziej niesamowite osoby, które kiedykolwiek spotkałem. Kocham ją tak bardzo, że piszę ten blog, aby powiedzieć, że nie będzie powrotu do Polski w lipcu, ale będę przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, aby żyć z Rachel. Ona jest po prostu, że fajne

W mojej klasie w pierwszym tygoniu maja byla jeszcze jedna uczennica z AFSu, z Finlandii. Nie, nie przyjechala na tydzien do Francji, ale na 10 miesiecy, normalnie mieszka obok Lyonu, a w zeszlym tygoniu przyjechala odwiedzic Emme, z ktora jestem w klasie, a ktora to  byla rok temu z AFSem w Finlandii i owa Finlandka byla jej siostra goszczaca. Dlaczego Wam o tym pisze? Zeby jeszcze raz podkreslic, ze AFS to naprawde rodzina :) taka duza, miedzynarodowa

Swoja droga, po raz pierwszy dostalam kartke z Francji do Francji, od kolegi, niemalze sasiada, ktory byl w Paryzu :) dziekuje jeszczcze raz, Wieza Eiffla na obrazku zawsze sprawia, ze sie usmiecham :)

A przygotowania do spektaklu trwaja! W sobote mielismy pierwsza probe na scenie, mamy juz baze do kostiumu, dodatki beda pozniej, prace trwaja! W ogole smieszna sprawa, w tym tygodniu dwa razy spotkala mnie taka sytuacja, ze raz przed sportem jakis wuefista, ktorego nie znam krzyknal: jakie ladne wysportowane nogi, co trenujesz? nie wiedzialam, ze to do mnie, wiec dopiero popchnieta przez znajomych odpowiedzialam, ze taniec, a on na to, ze super. Drugi raz, w sobote, grajac w bule z przypadkowymi Francuzami, jeden z nich powiedzial do mnie, kiedy celowalam, tanczysz, prawda? Na co ja zdziwiona, ze tak, a on: ça se voit! czyli to widac. Dziwne... Co nie zmienia faktu, ze oprocz tanca jest jeszcze bieganie, a dzis i plywanie u Smity, ktora zaprosila nas na tajski lunch i deser! Wiecej o tym w poscie za tydzien, w ktorym opowiem o wielu miedzynarodowych akcentach wymiany!






  W tym tygodniu troche luzu. W czwartek konczylam o 11, wiec wsiadlam do autobusu i kierunek sasiadujace miasto, gdzie Rachel i John chodza do prywatnej szkoly i ucza sie piec, gotowac, serwowac i jakie wino w jakim kieliszku i do jakich potraw. Szkola nie przypomina mojego Marcinka, bardziej liceum w Piekarach. Z ta tylko roznica, ze tutaj majac lekcje w kuchni nosza fartuszki, a w ciagu dnia obowiazuje stroj niemalze galowy (wiec chlopaki w koszulach i marynarkach wygladaja bardzo bardzo dobrze! :))



 

Wstawiam linki do kilku ladnych piosenek w nowych wykonaniach, z francuskiego the Voice, w sam raz na koniec - posluchajcie!) A w trakcie sluchania obejrzyjcie jeszcze jesli macie ochote kilka swiezutkich zdjec z wczoraj, znajoma zapropowonala mi sesje, na ktora ja zaprosilam Valerie. Oto efekty :)

PS. Ostatnia czesc wpisu jest po francusku - to nie jest tlumaczenie tekstu z ostatniego wpisu, ale krotki przekaz Francuzom o co chodzi. Wstawilam za to nieopublikowane dotad zdjecia, wiec nieomieszkajcie przewinac az na sam dol!


ZDJECIA A LA FRANÇAISE

 























***

LA PARTIE FRANCAISE plus kilka nowych zdjec, historia w kontynuacji

L'histoire de mon grand-père en quelques mots...
Je sais pas combien de personnes parmi vous tous savent que mon gran-père est né en France. Dès que je me rappelle, il me disait en français "bonjour Mademoiselle" et racontait parfois les histoires de son enfance. C'est incroyable, mais au fur et à mésure il a commencé de se rappeller de plus en plus de ce qui se passait pendant son enfance et donc cette année, complètement par hasard j'ai retrouvé mes racines françaises, sa maison de naissance, son école. Mais finalement rien se passe par hasard, n'est-ce pas?

Vous aviez eu la possibilité de regarder les photos de mon voyage dans sa ville de naissance il y a deux semaines sur mon blog que j'avais écrit en polonais mais les photos sont encore accessibles, il n'y a pas besoin de traduction pour les regarder au moins.

Mais il faut commencer dès le début...

Au début de l'année scolaire, quand je suis venue en France, à moment donné en parlant avec a famille française je leur ai dit que c'est marrant qu'ici il y avait beaucoup de personnes d'origines polonaise pourtant moi au contraire, j'ai des origines françaises. Quelques semaines plus tard ma maman française a envoyé un mail à la Mairie à Pont du Casse. En même temps chaque mardi elle allait à la répétition de son orchestre et elle y parlait avec un bénévole d'AFS, le mari de la présidente d'AFS régional. Quand il demandait comment j'allais elle répondait et apparemment elle a dû dire que je suis très proche avec mes grands-parent et je les appelle chaque weekend. Quand il a appris que mon grand-père est né à Pond du Casse il a répondu: mais tu fais exprès! j'y suis né! Étant donné qu'on a jamais eu de réponse de la mairie, il a contacté son cousin qui y habite encore et qui s'est intéressé par cette histoire et a gagné un surnom: Sherlock Holmes. C'est grâce à lui que nous sommes tous allés en Lot-et-Garonne, que j'ai retrouvé les maisons, et les gens qui connaissaient ma famille et qui m'ont raconté plusieurs histoires.

***

mes arrières grands-parents avec leur fils, Ludovic
Mes arrières grands-parents sont venus en France avant qu’ils se soient rencontrés. D'abord, ils habitaient à Clermont-Ferrand. C’est là-bas où est né mon grand-oncle, Ludwik (en France connu sous le nom de Ludovic).

Au début des années 1930 il y avait beaucoup d’annonces de terrains agricoles à bail en Aquitaine donc toute la famille a déménagé tout près d’Agen, à Pont du Casse. Mon grand-père Henryk  (en France Henrik) est né à Pont du Casse 1er mai 1939 (même si dans tous les documents il est marqé 3 mai, son père lui disait que sa date de naissance a été enregistrée plus tard, c'est tout).
La maison qui est sur les photos publiées il y a deux semaines, c’est la maison qu’ils ont louée.


mon grand-père est tout à gauche
Ses parents étaient dans le Mouvement de la Résistance avec les Français (il a eu une évidence officielle disant qu’il était dans le Mouvement de la Résistance). Mes arrières grands-parents cachaient les juifs et participaient à cacher les armes déposées des avions pendant les nuits. C'est le sujet que je voudrais évoquer la prochaine fois que je vais y aller. Et ça va être.. le 5 juin. Je voudrais bien voir Agen etc. mais bon, je vous tiendrai au courant!

Laroque-Timbaut – c’est là-bas où il y avait l’école. Quand il s’agit d’école – elle se trouvait juste à côté de l’église. Pour y aller, chaque matin mon grand-père faisait du vélo, sa deuxième maison se trouvait à Sauvagnas, rue Tuque Basse. Sur Internet j'ai retrouvé quelques vieilles cartes postales sur lesquelles on la voit.





Si vous regardez les photos publiées la dernière fois, vous verrez que sur les photos de classe il y a les chiffres. Alors notre Sherlock Holmes a réussi de retrouver les noms et les cordonées de presque tout le monde qui est sur la photo. Ce jour-là j'ai rencontré deux camarades de la classe de mon grand-père. Et quand on parle de l'école... Mon papi savait qu’il y avait la maîtresse et le maître qui étaient mariés et la cuisinière, personne d’autre à l’école. Bien évidemment, quand grâce à la mairesse de Sauvagnas on est entré dans l'école même si c'était le jour férié, et on a regaré les photos, on m'a dit que c'est vrai et la maîtresse de mon grand-père fête ce juillet son centième anniversaire et habite à Biarritz. En plus, elle s'attendait à me rencontrer mais finalement il ne faut pas oublier que je suis une étudiante d'échange et il y a les régles de ce programme donc bref, malheureusement je ne peux pas aller la voir...


Cependant mon grand oncle qui est maintenant décédé depuis quelques années et qui était 10 ans plus âgé que son petit frère, jouait dans l’équipe du rugby d’Agen. Ludovic (Ludwik), frère de mon grand-père est premier de gauche en bas. Il allait à l’école technique à Agen.

En 1991 Ludovic est revenu en France avec ma mère et ses fils et sa femme, il a retrouvé la maison à Pont du Casse et à Sauvagnas. Ensuite il a rendu visite à André qui habitait dans les Pyrénées avec sa femme et son fils.
Contrairement à ce que je pensait, le retour de ma famille en Pologne n'était pas tranquille.  En revanche, la décision de revenir a été prise très rapidement. Je crois (mais je ne peux pas être sûre) que mes arrières grands-parents avaient dû y pensé avant mais un jour il ont fait les valises et la famille est rentrée en Pologne. Mon grand-père ne parlait pas un mot en polonais. Pourtant étant curieuse j'ai demandé dans quelle langue parlaient ses parents. J'ai appris que même s'ils habitaient en France tellement je parle français mieux que ma grand-mère et eux, avec son mari, ils parlaient polonais ensemble.

Quand j'étais petite et j'ai retrouvé les vieilles photos dans la maison de mon grand-père, j'ai eu idée d'écrire à la mairie. Juste pour savoir s'il y a des documents qui y étaient dans les archives ou d'avoir une réponse, un évidence de son enfance passé en France. Je me rappelle du regard embarrassé de ma maman qui m'écoutait parlé à toute la famille. Chaque personne pensait "oh làlà, cette gamine est folle mais espérons qu'elle en oubliera, c'est pas possible de le faire, elle s'imagine n'importe quoi".

Si, c'est tout à fait possible de profiter du jour présent mais ne pas oublier de notre histoire à nous.

dans quelques semaines attendez la suite...

(Je suis très désolée s'il y a trop de fautes mais j'ai absolument pas de temps de le relire! J'espère que ça reste compréhensible!)

***

Dziekuje Wam wszystkim za uwage, caluje i pozdrawiam, od dzis jeszcze 7 tygodni co daje 49 dni. Trzeba je wykorzystac, kazdy dzien, kazda sekunde, trzymajcie sie!

PS. Moj brat poinformowal mnie dzis rano, ze w czwartek w Polsce 29 stopni, wiec wygrzewajcie sie!

Do za tydzien,

Kasia

3.05.2014

le sang français qui coule dans mes veines, francuska krew plynaca w moich zylach


Teraz, kiedy zaczynam pisac tego posta, zastanawiam sie jak zaczac, zeby uswiadomic Wam jak wazny byl dla mnie ten tydzien. Opisze dwa najwazniejsze wydarzenia, ktore zdominowaly wszystkie male detale, niejmniej jednak wazne. Piszac teraz rownoczesnie wysylam zdjecia moim rodzicom i Dziadkom. Ogladaja je z przejeciem, bo... w czwartek pojechalam w okolice Agen, gdzie 75 lat temu (dokladnie co do dnia) urodzil sie moj Dziadek.

Tak wiec zaczynam opis tygodnia od najwazniejszego dnia, jednego z wazniejszych w moim zyciu. Emocje towarzyszyly mi caly czas. Trudne do opisania, podswiadomie silne.

Na poczatku roku szkolnego, kiedy przeprowadzilam sie na rok do Francji i opowiadalam o sobie, o swojej rodzinie moim francuskim rodzicom szybko wyszlo na jaw, ze moje korzenie sa francuskie.

Prababcia Katarzyna poznala pradziadka Czeslawa w Clermont-Ferrand. Tam takze urodzil sie starszy o 10 lat brat mojego dziadka, Ludwik. Przed poczatkiem II Wojny Swiatowej rodzina przeprowadzila sie na poludnie Francji, gdzie ziemia byla tania, a gospodarstwa duze. To w Akwitanii, w departamencie Lot-et-Garonne, 130 kilometrow od mojego francuskiego domu 3 maja 1939-go roku urodzil sie Hanryk Zelazny (we Francji znany jako Henrik Zelarny), moj Dziadek, ojciec mojej Mamy.

Jak to wyglada na tle Francji? Punkt A to moj francuski dom, punkt B to francuski dom mojego dziadka w Pont du Casse.



Kiedy dowiedziala sie o tym moja mama goszczaca, dostawszy kilka skanow starych zdjec, wyslala je do mersotwa Pont du Casse z zapytaniem o mozliwosc znalezienia dokumentow, zdjec, czegokolwiek w archiwach. Nie dostawalismy odpowiedzi, dni mijaly, ja od samego poczatku roku rozmawial z Dziadkami co tydzien przez telefon, a szczesliwym zbiegiem okolicznosci o calej sytuacji uslyszal Sekretarz AFSu z mojego regiony, AFS Périgord, ktorego zona jest Pani Prezydent regionalnego AFSu. Co wtorek Françoi (sekretarz) spotyka sie z moja Mama goszczaca na probach orkiestry i ma w zwyczaju pytac co u mnie, czy wszystko dobrze, jak sie czuje. Kiedy moja Mama goszczaca opowiedziala mu co nowego u nas, on odpowiedzial: Ty specjalnie mowisz mi o Pont du Casse, przeciez ja sie tam urodzilem!

Tak wlasnie te dziwne zbiegi okolicznosci rzadza naszym zyciem. Potem wszystko potoczylo sie w tempie natychmiastowym - François skontaktowal sie ze swoim kuzynem, ktory nadal tam mieszka i nazywa sie zreszta dokladnie tak samo. Kuzyn, ktory nigdy nie widzial mnie na oczy, nie znal mnie kompletnie, tak zainteresowal sie ta historia, ze zaczal "sledztwo".

Nie chce Wam zdradzac dzis od razu wszystkich szczegolow. Dlaczego?...
...Moj Dziadek odkad bylam mala mowil czasem "Bonjour Mademoiselle, ça va" i odkad tylko pamietam uwielbial nucic pod nosem, nosic berecik, a po posilku bral kawalek chleba, zeby "wyczyscic" talerz. Ma swoj wlasny noz, mala deseczke do krojenia, uwielbia ziemniaki smazone z jajkiem ale zrobione w sposob kompletnie niepolski... I choc nie mowi po francusku, czasem przypomina sobie pojedyncze slowa, albo rozumie, jak ja cos mowie. Nieprawdopodobna ilosc szczegolow sprawia teraz, ze zdaje sobie sprawe, ze chociaz wyjechal z Francji w wieku okolo 10 lat, to francuskie dziecinstwo zostalo w jego glowie i sercu.
Jak troche podroslam i znalazlam w starej skrzyni czarno-biale zdjecia z Francji, doslownie kilka, moze dziesiec i zaczelam pytac, Dziadek zawsze powtarzal, ze to moglby byc material na ksiazke.
Gospodarstwo w lewym gornym rogu to dom narodzin mojego Dziadka
Dokladnie pamietam moment, kiedy pewnego razu wpadlam na pomysl napisania do burmistrza miejscowosci we Francji (nie wiedzialam jeszcze ztedy, ze tu odpowiednikiem burmistrza jest mer) z zapytaniem o jakikolwiek slad w dokumentach, albo w ogole prosba o odpowiedz i opowiedzenie co teraz dzieje sie z domem. Pamietam jak moja mama uciekala wzrokiem zawstydzona moim szalonym pomyslem, o ktorym opowiadalam z wielkim entuzjazmem. Dziadkowie zareagowali podobnie. Pamietam nawet, ze zabralam album do Poznania, chcac zeskanowac zdjecia, czego nigdy nie zrobilam, a w Internecie wielokrotnie szukalam miejsca urodzenia Dziadka na mapie (od wymowy do pisowni we francuskim nie az tak blisko). Takie plany w ustach dziewczynki, ktora zaczela gimnazjum, brzmia smiesznie. Nikt nie spodziewal sie, ze kilka lat pozniej to wszystko stanie sie prawda, a ja stane w miejscu, gdzie 65 lat temu moj dziadek jadl na dworze ze swoja rodzina, a takze poznam jego kolezanki z klasy ze szkoly podstawowej, sasiadow i nie tylko...

Moja Mama Malgorzata, rok 1991
Ja, rok 2014
ten sam dom, tym razem jest ze mna André, François, dzieki ktoremu to wszystko sie stalo oraz sasiad Dziadka z mlodosci
Dzieki kuzynowi, ktorego nazwalismy Sherlockiem Holmsem pojechalam w okolice Agen i w czwartek rano, pierwszego maja obudzilam sie wiedzac, ze czeka mnie dlugi dzien, ale nie znajac ani jednego szczegolu. Nikt nie chcial mi nic zdradzic i chociaz denerwowalo mnie to kilka tygodni temu, kiedy nie pozwolili mi napisac do niego osobiscie maila, tylko zawsze chcieli przekazywac wszystkie wiadomosci, w koncu musialam zaufac, ze oni interesuja sie tym i organizuja cos dla mnie. Zaufalam.
François, ja i Pepita (na 1. zdjeciu klasowym pierwsza od lewej) - wspolne przegladanie zdjec, opowiadanie historii...

Huguette, kolezanka Dziadka z klasy. Na 1. zdjeciu klasowym jest druga po lewej od mojego Dziadka
szukamy, przegladamy, zapisujemy, zolta teczka to obszerne notatki François, ktore zaczal robic ponad pol roku temu

Moje zadanie polegalo jakies 7 miesiecy temu na opisaniu kazdego wspomnienia mojego Dziadka (ktorych z czasem bylo coraz wiecej, pojawialy sie jak elementy ukladanki), kazda nazwa miejscowosci, kazde imie, kazda anegdota, nawet opis tego, ze w szkole uczylo malzenstwo i kucharka, nie bylo wiecej doroslych osob, a zeby dostac sie do szkoly moj dziadek jezdzil rowerem i musial podjezdzac pod gore jakies 4 kilometry - to wszystko stanowilo nieprawdopodobnie cenne wskazowki. Nastepnie ogladajac zdjecia robione u fotografow zauwazylismy nazwiska osob, ktore je wykonaly, albo zakladow fotograficznych. Kazdy najdrobniejszy szczegol byl tak naprawde na wage zlota. Najwieksza robote wykonal jednak kuzyn naszych AFSowych sasiadow, ktory mieszkajac obok jezdzil, pytal, szukal i w czwartek 1go maja przyniosl mi zdjecia klasowe z imionami i nazkiskami WSZYSTKICH osob z klasy mojego Dziadka, informacja, ze nauczycielka zyje, obchodzi niedlugo setne urodziny, ze poznam tego dnia dwie kolezanki z klasy widoczne na zdjeciu, zobacze oba domy (ten, w ktorym moj Dziadek sie urodzil, a takze do ktorego sie przeprowadzil zanim zaczal nauke), a to jeszcze nie koniec niespodzianek.
Moj Dziadek to smiejacy sie chlopczych w srodkowym rzedzie, trzeci od prawej

na tym zdjeciu moj dziadek to drugi chlopiec z prawej, rzad srodkowy
 Najbardziej uderzylo mnie spotkanie z przyjacielem zmarlego kilka lat temu w Polsce brata mojego Dziadka Ludwika (we Francji Ludovic, a przez przyjacil nazywany Ludo). Pierwszym jego pytaniem bylo jak moj wujek... Kiedy musialam powiedziec mu, ze list, ktory napisal i chcial, zebym przekazala wujkowi nigdy nie zostanie przez niego przeczytany, a ich kontakt po 23-letniej przerwie (23 lata temu wujek ze swoja zona, dwoma synami i moja mama wrocili do Francji i odnalezli dom i André, przyjaciela, o ktorym opowiadam) nie zostanie odnowiony, lzy poplynely po raz pierwszy. Poznalismy sie majac widok na dom narodzin Dziadka, dom, ktorego najwazniejsza czesc nie zostala zmieniona, studnia nadal zachowana, a kamienie znamienne dla tego regionu nadal widoczne na prawo i lewo. Na zegarku nawet nie poludnie, a ja dowiedzialam sie dlaczego tak naprawde moi pradziadkowie zdecydowali sie wrocic do Polski po tylu latach zycia we Francji. Nie chcieli wracac, ale poczuli sie zmuszeni. Wracali w pospiechu, zabrali wszystko i wrocili do Polski. Wczesniej nie wiedzialam dlaczego... Moj Dziadek przyjechawszy do Polski nie mowil w innym jezyku niz francuski. Moj wujek we Francji gral z sukcesami w druzynie rugby, uczyl sie, byl szalenie zakochany w pewnej dziewczynie, ktorej rodzice chcieli takze, zeby on zostal ich zieciem i zostal w kraju. Dowiedzialam sie tego i wiele wiecej od André, z ktorym od razu nawiazalam nieprawdopodobnie bliski kontakt.. Niewytlumaczalny.


Na zdjeciu powyzej moj Dziadek podczas szybkiego wyjazdu z Francji do Polski, widzimy wagon pociagu SNCF, w tle auto, ktore takze sprowadzili ze soba oraz rower, na ktorym Dziadek jezdzil do szkoly.

Wracajac do gry w rugby - wielkiej milosci, pasji i jedynego wlasciwego sportu Francuzow z poludniowego-zachodu. Moj Wujek to 4 gracz w gornym rzedzie, od lewej. Trenera po lewej udalo sie zidentyfikowac.

Ludovik to pierwszy gracz na dole od lewej

Zdjecie z 1947 roku zrobione przez fotografa z Laroque Timbaut, drugiego miejsca zamieszkania rodziny Zelaznych, przedstawia czterech najlepszych przyjaciol, mojego Wujka Ludwika w srodku, najwyzej, z prawej André, ktorego poznalam, nizej Victora, ktory zmarl kilka lat temu, a po lewej René, ktory ma sie dobrze, w 2003 roku wrocil do Francji na spotkanie klasowe, przyjechal z Kanady, gdzie nadal mieszka.

Pojechawszy do Sauvagnas, gdzie znajdowala sie szkola, powitala nas Pani mer, czyli odpowiednik naszego burmistrza, ktora otworzyla nam drzwi do szkoly i opowiedziala co sie zmienilo. Dzieki temu wiemy, w ktorym miejscu byly robione klasowe zdjecia (niestety ten mur zostal zburzony), wiemy jaki widok mial z lawki moj dziadek - kosciol i cmentarz sa nadal w takim samym stanie. Tyle tylko, ze drzewa urosly. Na pierwszym pietrze mieszka obecna nauczycielka, czymi i to sie nie zmienimo - za czasow mojego Dziadka mieszkalo tam malzenstwo nauczycieli. André opowiadal anegdoty jak z Wujkiem wchodzili na wieze z dzwonem i lapali golebie, a kolezanki Dziadka z klasy opowiadaly jak jednego razu dziaciaki zaprotestowamy w obronie jednej z kolezanek i zorganizowaly swoja mala rewolucje. Opowiadaly tez, jak to nazywano mojego Dziadka Henri IV (ąri katr) czyli Henryk IV, krol Francji. Dlaczego? Otoz zawsze opowiadal on, ze do szkoly jezdzi 4 kilometry rowerem, no a na imie ma Henrik.



Zdjecie wykonane na szybko z samochodu bylo zrobione dla mojego dziadka - tamtedy jezdzi codziennie ze szkoly do domu. ----->

 Na tym zdjeciu widzimy drugi dom, ktory zostal zniszczony przez piorun pod koniec XXgo wieku oraz ten, ktory zostal na jego miejscu odbudowany. Charakterystyczne francuskie okiennice, berety, jest i kon po prawej. Otoz tutaj nalezy wspomniec o tym, ze moi pradziadkowie nalezeli do Ruchu Oporu (Le Mouvement de la Résistance). Dlatego tez ich sasiad opowiadal mi, ze pamieta, jak pomagal mojemu kilkunastoletniemu wtedy Wujkowi pasc krowy, a kiedy nadjezdzaly niemieckie samochody krzyczeli do Zydoz, ktorzy nocowali w stodole, zeby sie chowali. Nocami organizowane byly akcje chowania broni, kiedy francuskie samoloty podlatywaly nisko, zeby zrzucic na pole bron, a mezczyzni biegli ja znalezc w ciemnosci i albo zakopac w skrzyniach, albo ukryc w krzakach. Rodzina dzialala we wspolpracy z Francuzami, dowodca miejscowego Ruchu Oporu co tydzien przychodzil w odwiedziny do moich pradziadkow. Juz po powrocie do Polski wysylane byly liczne dokumenty, gdyz w podziekowaniu za czynny udzial w Ruchu Oporu zostala moim pradziadkom i Wujkowi przyznana emerytura kombatancka.

I kiedy poznawalam tych ludzi i pokazywalam im aktualne zdjecie moich Dziadkow, raz uslyszalam, ze wygladaja polsko na zdjeciu (to nie byla w zadnym wypadku zada obraza, ani z drugiej strony komplement tylko porownanie do francuzkosci zdjec z dziecinstwa), caly czas slyszalam, ze koniecznei musze przekazac najlepsze zyczenia i wielkie dzien dobry z Francji, a w pewnym momencie zdalam sobie sprawe, ze tak naprawde, choc moj Dziadek obchodzi urodziny 3 maja (dzis) to to w czwartek konczyl 75 lat. Otoz jego ojciec, moj pradziadek Czeslaw, zawsze mowil mu, ze urodzil sie on 1 maja, ale w powodu swieta narodowego jego narodziny zostaly zarejestrowane dwa dni pozniej.






Ja z okazji 1go maja dostalam od pani prezydent regionalnego AFSu na wejsciu, rano, kwiatki, muguet, czyli konwalie. Taka tutaj tradycja na 1go maja. Z mojej strony, mysle, ze zrobilam Dziadkowi najpiekniejszy prezent jaki moglam wracajac w miejsce jego narodzin i dziecinstwa. Dzis rano rozmawiajac na skypie zaspiewalam mu francuskie joyeux anniversaire, a moja Mama goszczaca zlozyla mu po polsku zyczenia "sto lat".


To dopiero poczatek tej historii, a ten tekst to tylko fragment dluzszych opowiesci, ktore zaczynam spisywac, zdjecia to tylko niewielki procent tego czym w niedalekiej przyszlosci bede chciala sie z Wami podzielic. Juz planuje powrot i poznanie kolejnych osob na poczatku czerwca (wlasnie dostalam kolejna wiadomosc od François i od André, ktorzy zaoferowali zajecie sie organizacja spotkan!!!). Jeszcze uslyszycie o tym ode mnie nie raz, nie dwa. Mam nadzieje, ze bedziecie chcieli sluchac. I sluchac i czytac!

***

Zeby dodac informacje o tym, co dzialo sie na poczatku tygodnia pokaze Wam zdjecia ze swietowania moich siedemnastych urodzin, a takze zdjecia z rodzenstwem, ktore robilismy u fotografa przed wakacjami wiosennymi oraz zdjecie klasowe z moja klasa literacka.




Z Rodzicami, Francis i Virginie
oficjalne zdjecie rodzinne dzieciakow - od lewej Antoine, Matthias i Marie

i urodzinowy câlin czyli wielkie przytulanie (co we Francji nie jest codzinnoscia, tutaj panuje kultura dwoch buziaczkow)
zdjecie klasowe typu bacznosc!

oraz nasza literacka inwencja tworcza

Mysle nad wszystkimi pieknymi momentami z tego tygodnia i nie potrafie dzis napisac dziennika, bo w glowie to wszystko sie miesza.

Widze mojego brata, Antoine'a, ktory polubil zielona herbate, ktora mi podbiera i sam proponuje, ze zaparzy, ktory pyta co u mojego najlepszego przyjaciela, ktory jest jego imiennikiem, ktory chce wiedziec, czy mam milosc w Polsce i jak on wyglada, i czy go pozna jak do mnie przyjedzie. Antoine, ktory przytula sie i mowi "ma Polonaise préférée que j'aime", "ma Kasia chérie".

Widze Valerie, moja najlepsza przyjaciolke ze Szwajcarii, z ktora na poczatku roku obiecalysmy sobie na urodziny makaronikowa uczte, wiec ja kupowalam makaroniki na jej urodziny, a ona w tyl tygodniu na moje. Wspolna kawa piec metrow od katedry i samo szczescie. Widze nasze wypieki na moj urodzinowy podwieczorek i poranne okupowanie lazienki.

MAZURKI - robilam je w ciagu tygodnia 3 RAZY: Francuzi je pokochali!



jest i jablecznik przepisu mojej Babci
 
z Antoinem, ktory chce zostac cukiernikiem, a poki co zawsze mi pomaga i jest przekochany

 
Widze wiadomosc urodzinowa od Mylény, ktora pisze, ze zmienilam jej i zycie, za co cholernie mi dziekuje.

Widze prezent niespodzianke pod lozkiem znaleziony o polnocy.

Widze czerwone kubki prosto z Michigan i szwajcarska czekolade oraz mape do zdrapywania na szafce po lewej od mojego lozka; prezenty urodzinowe.

Widze ostatnie urodzinowe polaczenie przychodzace w poniedzialek po 23... :)

Widze moja Mame goszczaca, ktora w czwartek, kiedy jezdzilismy i odkrywalismy miejsca z dziecinstwa mojego dziadka, uslyszawszy od prezydentki AFSu, z ktora jezdzilam autem caly dzien (ona, jej maz - kierowca i ich kuzyn, slawny detektyw, ktory chcial miec mnie obok, zeby moc opowiadac caly czas co, gdzie i jak), ze po pozegnaniu André, po wspolnym obiedzie wsiadlam do auta i zanioslam sie kompletnie nieuzasadnionym placzem, pytala mnie caly dzien non stop czy "ça va".

Nadal widze moja Mame goszczaca, ktora wieczorem, kiedy wrocilismy do domu, a ja po wypiciu herbaty chcialam zadzwonic do Dziadkow, pyta czy na pewno chce dzwonic dzis, czy nie lepiej, zebym odpoczela, ochlonela i odezwala sie do Dziadka kolejnego dnia.

Widze smsa od André, ktory tak jak ja chce pozostac w kontakcie...

Widze znowu moja Mame goszczaca (musze dodawac wszedzie goszczaca, bo inaczej moja Mama w Polsce pewnie by sie w pewnym momencie zasmucila), ktora w piatek po szkole przyjechala odebrac mnie i moja siostre i cale popoludnie byla w swietnym humorze, kupila nowy komputer, zebym ja mogla bez problemu skajpowac (nie wzielam ze soba do Francji komputera, tylko tablet, ktoy na kazdym kroku przestaje dzialac) i zeby oni mogli ze mna caly czas skajpowac jak juz bede w Polsce.

Widze moja francuska siostre i Mame, ktore robiac wspolne zakupy w piatkowe popoludnie smieja sie do rozpuku z mojego zartu na temat kroliczych oczu (ktore rzucaja okiem = jettent un œil) patrzacych na nas zza lady stanowiska z miesem i mowia, ze za duza czasu spedzam z tata goszczacym, bo moje poczucie humoru jest juz jak jego. Wieczorem opowiadawszy te historie przy kolacji Tacie goszczacemu, on sie smieje i mowi, ze wszystkie dziewczyny, ktore goscili jak zaczynaly smiac sie z jego zartow to znaczy, ze swietnie mowily po francusku, ale ze ja jestem ponad, bo zaczynam opowiadac zarty w jego stylu!

Widze sasiadke, ktora spotkalam dzis rano kiedy poszlam biegac i ktora przywitala mnie slowami: no Twoja Mama opowiedziala mi jak w czwartek bylo wzruszajaco, jaki niesamowity dzien. Slyszalam, ze nagrywalas rozmowy, bedziesz teraz zajmowala sie na pewno tlumaczeniami i opisami. (w tym momencie ja zszkowana, ze infromacje tak szybko sie rozchodza opowiadam, ze to prawda, ale wszystkim zajmuje sie ze spokojem).

Widze maila z tego poranka, mowiacego, ze jestesmy juz w trakcie ustalania spotkania z Panem, ktory napisal ksiazke z historiami z sasiedztwa ze swojej mlodosci. Pan ten byl sasiadem mojego Dziadka po przeprowadzce do drugiego domu. Najwyrazniej bardzo chce sie ze mna spotkac


Zastanawiam sie jak na Was wplynela (czy w ogole jakos) opisana przeze mnie w kilku akapitach historia, a raczej jej streszczenie w pigulce. Obiecalam, ze tam wroce, zwlaszcza, ze najwyrazniej sa osoby, ktorych jeszcze nie poznalam, a bardzo bardzo chca mnie poznac. Badzcie na biezaco, nie przestaje prowadzic bloga, nie przestaje dzielic sie z Wami waznymi informacjami.

I choc brakuje tutaj szczegolow, mam nadzieje moc Wam o nich opowiedziec na stronach ksiazki, o ktorej zaczelam marzyc. Na urodziny dostalam tysiace zyczen spelnienia marzen, marzenia bez konca i bycia szczesliwa. Robie co moge i zrobie co moge, zeby te zyczenia zawsze byly aktualne i spelnialy sie kazdego dnia.

Dziekuje Wam za przeczytanie tego tekstu; fakt, ze jestescie czytelnikami mojego bloga sprawia mi nieprawdopodobna radosc i jestem z tego dumna!

To nie opisuje ani nie tlumaczy wszystkiego, ale mam nadzieje, ze obudzilam w Was apetyt na wiecej detali, opisow, historii i w finale umieszczenia tego na tle historycznym. Mam nadzieje, ze nie pogubilam sie w tych wszystkich opisach i jest w nich widoczny jakis ciag przyczynowo-skutkowy,a Was ta historia wciagnie i zainteresuje podobnie jak mnie. Dajcie znac czy tak sie stalo.

Dziekuje i zyczac maturzystom powodzenia, juz zapraszam Was na kolejne wiadomosci z Francji w przyszla niedziele,

Kasia